top of page

dziewczyna o perłowych włosach

opowiem Wam dzisiaj historię. historię raczej zwykłą. historię o tańcu, o przepraszam o pracy. o pracy w sprzedaży.


jest to historia o tańcu, mistrzowskim tańcu na placu trzech krzyży.


ten plac był kiedyś, oj był za czasów Szpilki, Szpulki i Szparki świadkiem niejednego pięknego tańca.


tańca w wykonaniu niejednego pięknego, młodego boga i pięknej, młodej bogini. ach przyznajcie się, kto z nas tam kiedyś nie tańczył. co może powiecie mi, że nigdy wam się nie zdarzyło tuż przed północą poczuć jak tam jak bóg lub bogini? mi się zdarzyło i mojemu koledze, o którym wam opowiem też się to zdarzyło. we dwóch się nam nawet to zdarzyło kilka razy. za czasów szpilki i szpulki te boskie tańce nam się zdarzały. a to o czym zaraz wam opowiem zdarzyło się już nieco później, bo szpilki - kultowej warszawskiej knajpy już tam nie było. a może nam się tylko wydawało, że jej nie ma, bo czuliśmy się tej soboty, tak jakby ona tam wciąż była.


a wszystko zaczęło się tak i zaczęło się oczywiście w Warszawie, ale nie na placu, tylko w biurze. dochodziła 17.00, praca prawie skończona, a tu bach jeszcze jeden dzwonek. nie spojrzałem kto, tylko odebrałem. dzwonił on, kumpel z młodych lat, kumpel z wojska. każdy z nas ma takiego kumpla lub kumpelę. macie, macie, wiem, że macie i teraz na bank się uśmiechacie. nie zapytam, ale tylko przez grzeczność, co się wam przypomniało.


no i jak odebrałem, to i powiedziałem:


- siema, dajesz, 2razyT, czy co tam jak tam?


- nie no git jest stary, mega premię odebrałem, wiesz.


- e to gratsy, dużo tego?


- dużo i wiesz, co marzenie z młodych lat bym chciał sobie spełnić.


- jakie znowu marzenie, intrygujesz dyrektorku, mów?


- jutro Ci powiem, spotkajmy się na śniadaniu na p3k (plac trzech krzyży) o 11 na przykład?


- jutro, w sobotę, stary, ja obowiązki mam.


- a ja to, myślisz, że nie mam, ale to ważne dla mnie jest. kumpel jesteś, czy nie?


- no jestem, dobra jak ważne, to jestem jutro o 11, git?


- git, do juterka.


I świat po tej rozmowie się nie skończył, nie chciał się skończyć, a powinien. noc się tylko kurwa dłużyła, pewnie zegarmistrz światła**** przysnął. co robić, każdy kiedyś swoją robotę odespać musi, ten znowu najlepszej nie ma. skoro zegarmistrz zasnął, to ja sobie trochę poczytałem tyrmanda życie towarzyskie, to sobie trochę muzy posłuchałem i do rana się jakoś doczłapałem. a o poranku bach w metro i na plac pędzę.


z metra centrum na piechotę, spacerkiem i jestem. sobota na placu, on też już jest. w moją stronę idzie, uśmiech od ucha do ucha, japa mu się cieszy. też by mi się cieszyła, gdybym sobie marzenie przyjechał spełniać. marzeń nie spełnia się codziennie.


- no co tam wymyśliłeś? walę z daleka.


- chodź na kawę do starbucks'a, to ci opowiem.


- na kawę, kiedyś to byśmy sobie na piwko o tej porze poszli lub bylibyśmy po kolejnym, leczniczym po długiej piątkowej nocy, która dogasa.


popatrzył i powiedział:


- no i o gorączce sobotniej nocy byśmy sobie myśleli. wiesz stary, ale dobrze, że tak cię na wspomnienia wzięło.


- jak to dobrze?


- no tak, bo ja marzenie z czasów szpilki, szparki i szpulki chcę spełnić.


- wiem, zespół rockowy wreszcie zakładasz, korp rzucasz i Jaggerem zostajesz. wiedziałem, a mnie na menedżera nowej gwiazdy rocka bierzesz.


- nie, to nie to marzenie.


- a jakie stary?


- pamiętasz, jak ci mówiłem, kilkaset razy ci powtarzałem, zawsze nad ranem, że kiedyś przyjdzie taki czas, kiedy drogie zegarki mi się pokłonią, a nie ja nim będę się kłaniał.


- no pamiętam i od razu wiedziałem, że z tym zegarmistrzem to musi być coś na rzeczy, skoro wczoraj w nocy mi się przypomniał i zasnął.


- no to teraz stary, zaraz po kawie, do szpilki idziemy.


- do jakiej szpilki?

- no do naszej, tylko, że 20 lat później, taka podróż sentymentalna.


- och stary, ale szpili już nie ma, ocknij się.


- stary jak nie ma, jest. dziś znowu będzie jak dawniej. pójdziemy tam zatańczyć.


- gdzie zatańczyć? tam teraz sklep omegi jest.


- no wiem, ale traktuj go jak szpilę, przecież kiedyś tam niejedno nasze marzenie spełnialiśmy, czy tak?


- no tak, mów co uknułeś.


- nic nie uknułem, tylko zegarek dobry chcę sobie kupić, omegę chcę sobie kupić.


i dotarło do mnie, że on o tym tańcu mówi. i tak mi się jakoś dobrze zrobiło, herbaty łyk jak alpagi łyk i poczułem to, co on czuł. już się nie dziwiłem, powiedziałem tylko:


- to idziemy, zatańczymy, a co nie wolno nam.


i poszliśmy zatańczyć, poszliśmy marzenie spełniać. poszli marzenie spełniać, znów młodzi bogowie.


on i ja w sprzedaży od lat robimy, ale to nie my w tym tańcu prowadziliśmy, tylko on nas poprowadził. tanecznym krokiem tam weszliśmy, nie na szpilkach, bo szpilki już nie ma. teraz to salon tu jest, i to nie byle jaki.


a jaki?


a taki, że czas sobie możesz tu za niezłe pieniądze kupić. może nie czas dokładnie, bo za czas dodatkowy w życiu, to pewnie niejeden z nas, byłby w stanie słono lub słodko zapłacić. tu tylko lub aż zegarek możesz sobie teraz kupić. omegi zegarek. w szpilce omega też może kiedyś była. jednak myślę, że nie ta, która czas odmierza, tylko ta muzyczna, z dziewczyną o perłowych włosach. Bywalcy Szpliki bardziej wtedy w dziewczynach gustowali niż w zegarkach. a może się mylę, kto to wie. Czas młodości swoimi rządzi się prawami



mój kumpel jak tylko tam weszliśmy powiedział:


- czy jest tu ktoś, kto marzenia potrafi spełniać?


a on ten co nas poprowadził, sprzedawca skromnie odpowiedział:


- ja jestem, proszę bardzo, zapraszam.


gdy to mówił, to nie stał, już zmierzał ku nam. jednak on do nas nie podszedł, on do nas podtańczył. nam się gały świeciły, jemu też. w gały, jego gały, to ja mu dokładnie spojrzałem. mojemu kumplowi też spojrzałem. no kurwa ten sam błysk dostrzegłem. to się nazywa dopasowanie. z jednej strony gały. z drugiej strony gały. w szpilce niejednej nocy też gały nam błyszczały.


gały, gały, widziały co brały. powinienem był zareagować. nie zareagowałem. wiedziałem, co się święci i nic nie zrobiłem. sam wpadłem. może sam o takim spełnaniu marzeń marzyłem.


delikatnie zaczął, gdy przy jego stoliku usiedliśmy:


- to co to za marzenie, niech pan opowie.


- a wie pan od zawsze, o porządnym, dobrym zegarku marzyłem. takie młodzieńcze marzenie.


- chłopięce marzenia, wciąż wracają – dodał. niby szeptał, a serce ten szelest warg w mig chwytało.


- nie tylko wracają, one wciąż w nas facetach trwają – dodałem.


popatrzył i odpowiedział:


- ma pan racje i zapytał mojego kolegę:


- czy to takie jest to pana marzenie, chłopięco-męskie marzenie, na które w wieku chłopca często nas nie stać?


- takie właśnie jest.


- rozumiem słucham, marzmy dalej.


- kiedyś tutaj niejedną noc spędziłem, wie pan. marzyłem, myślałem, ciężko pracowałem. tu po tej pracy odpoczywałem. o niejednej dziewczynie stąd marzyłem. o zegarku też. na dobry zegarek jednak nie było mnie stać. no może i później było, ale 1001 innych wydatków miałem. teraz jest mnie bardziej stać i wydatków jest tylko 101. także to dziś, chcę taki właśnie zegarek.


- czyli zegarek marzeń?


- tak


- czyli omegę z marzeń, dziewczynę o perłowych włosach ? (do konkretów przeszedł, a ja znów nie zareagowałem, tylko słuchałem).


- na przykład.


- dlaczego na przykład, omega od 1848 roku spełnia marzenia, wie jak to się robi. czy jakiś konkretny model się panu podoba?


- kilka przeglądałem.


- i który najbardziej się panu podoba, od niego zacznijmy, dobrze? (wiedział, że to marzenie, także inne mniejsze marzenia wyeliminował, a ja znowu nie zareagowałem, mnie też uwiódł.)


- dobrze, najbardziej podoba mi się ten zegarek, co teraz go nowy Bond nosi.


- bond? – zapytałem zdziwiony. mój kumpel wyglądu Bonda nie miał. wyglądu nie miał to zegarek będzie miał. szczęśliwy ten bond i wygląd i zegarek ma.


- no bond, co się tak dziwisz? ty bonda nie lubisz, nie udawaj, bond to bond, wszyscy go lubią. to świetna marka mimo tego, że fikcja.


- mówi pan o ostatnim Bondzie, tak?


- tak, o ostatnim, Spectre.


- no tak, nie ma się co dziwić. ta omega jest szczególna, jest piękna. to model seamaster 300. seamaster’y to zegarki szczególne. wie pan, że seamastery od 49 roku są produkowane. a szczególne są, bo Bonda odmłodziły i rolexa zastąpiły.


- o to dobry ruch był, ja też dziadkiem jeszcze nie jestem.


- nie jest pan – znowu mistrz wyszeptał (a ja tylko słuchałem. już nie kumpla, tylko mistrza w sprzedaży słuchałem.)


- czyli trzysetka, tak?


- tak trzysetka, proszę pokazać.


zatańczył mistrz, białe rękawiczki założył i trzysetkę przed nami położył. zagrała, zaświeciła przed gałami błyszcząca czerń jej cyferblatu.


mój kumpel wyjąkał tylko:


- mała czarna musi być moja. przez chwilę deja vu miałem, nieraz to w szpilce słyszałem. tylko nie o zegarek chodziło. jeszcze raz na mojego kumpla popatrzyłem, a w myślach refren sobie zacytowałem:


- tak przyszła perłowłosa. śniłem czy też była to jawa?


popatrzyłem na niego i od razu wiedziałem: ugotowany jest, zakochał się.


to mistrz, po kilku chwilach z marzenia miłość zrobił, odwrotu nie było.


mój kumpel onieśmielony, jak kiedyś w szpilce, wziął ją do dłoni. obejrzał, pogładził i zapytał:

- mogę?

- oczywiście – wyszeptał sprzedawca, nawiązującej się relacji, relacji intymnej nie przerywał. teraz kupujący sam być musiał. wiedział to, nie przerwał. wiedział, że nie warto głupim tekstem lub pytaniem obcowania z produktem, z marką przerywać. to intymne było. a on czekał.

zegarek na nadgarstek kumplowi mojemu założył i to był już jego koniec. w gałach łzy się zakręciły. w szpilce też się nie raz kręciły.

czekał. ja też czekałem, nawet ja nie przerywałem. nie śmiałem, przecież to kumpel był. czasami w takich chwilach, kiedy mała czarna przy stole była, w szpilce przerywałem. wtedy wzrok kumpla grotem lodu w serce trafiał.

siedzieliśmy we trójkę, trzech doświadczonych sprzedawców. wiedzieliśmy, o co chodzi. sprzedawcy, fachowcy czasami rozumieją się bez słów (bo swój jezykowy branżowy znają)


trwało to chwilę, dłuższą chwilę. i wtedy cicho sprzedawca wyszeptał:


- czy to jest to marzenie?


- tak.


- ta omega (nie mówił o niej zegarek) to nie tylko omega. to stan umysłu, symbol i przynależność do klubu omegi.


- do klubu, jakiego klubu?


- klubu omegi, czyli wszystkich tych którzy omegę przynajmniej jedną mają.


- ok rozumiem – kumpel mój powiedział. a ile ona, ta omega kosztuje?


- dobrze, że pan pyta, ta omega kosztuję ……dziesiąt tysięcy złotych.


przełknąłem ślinę, a mój kolega nic nie zrobił tylko powiedział:


- a wie pan, że w internecie to pewnie taniej ją znajdę. popatrzyłem na niego i pomyślałem: wrócił. łudziłem się jednak.


słowo internet zabolało, grymas u sprzedawcy dostrzegłem. uspokoił się jednak i powiedział:


- tak to prawda (nie opowiadał historii o miejscu, o salonie, że koszty i tak dalej), rozumiem. różnica ta wynika z faktu, że tam kupi pan zegarek, a tu ją, czyli pana wymarzoną omegę. tylko tu kupi pan stan umysłu, symbol, przynależność do klubu i związane z tym przywileje.


- jakie na przykład?


- za 2 miesiące na przykład organizujemy specjalny pokaz filmu spectre, z niespodziankami pokaz, dlatego specjalny. podczas tego wieczoru będzie pan mógł odebrać swoją omegę. ale nie tą, jeszcze bardziej specjalną. omegę 007 spectre seamaster 300.


- specjalna będzie?


- tak. specjalna, specjalnie dla pana.


jeszcze chwilę trwał ten taniec. raz on, raz sprzedawca. połączyli się. nie śmiałem przerywać. w końcu chłopięce marzenie mój kumpel z młodości sobie spełniał.


i zrealizował. nie kupił jednak zegarka. kupił symbol, stan, przynależność. zrealizował marzenie.i zapłacił za to dwa razy więcej. zapłacił, bo chciał. sprzedawca też tego chciał. nie przeszkadzał, pracował.


rzadko, bo rzadko jednak od czasu do czasu w pracy sprzedawcy spełniamy marzenia. ja czułem się tak jak ten sprzedawca, kiedy ludziom sprzedawałem ich pierwsze w życiu komputery. pierwsze komputery do domu. och co to były za czasy. czasy „szpilki, szpulki i szparki” w sprzedaży. a można przecież słabszym tańcem ze spełniania marzeń zrobić g...

18 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
bottom of page