w kolejce uśpionych (chet - chet baker - alone together)

Zaktualizowano: 17 lut

Yuval Noah Horari w swoich 21 lekcjach na XXI wiek uznał gatunek Homo Sapiens za trudny do zadowolenia. J.K Rowling pisała, że ludzie mają wrodzony talent do wybierania tego co dla nich najgorsze. George Orwell w Folwarku Zwierzęcym na przykładzie świni i człowieka opisał zdumienie na zacierającą się granice pomiędzy gatunkami.


Człowieczeństwo to jedno-słowny, rzeczownikowy oksymoron, którym staje się przez indywidualne, a co za tym idzie sprzeczne interpretacje swojego znaczenia. Tu wkrada się kolejny przykład słowa pisanego, a dokładniej cytat z Zapałki na zakręcie Krystyny Siesickiej - Człowiek to rzeczownik, a rzeczownikiem rządzą przypadki.


Człowiek, człowieczeństwo, człowiekowaty, człowieczek. Zbiór komórek, mięśni, powięzi, krwi, neuronów, genów, który jednocześnie według wielu szkół filozofii, czy religii, jest duchowym uniesieniem, bytem wyższym niż zwierzęta. Rozglądając się po ulicy, każde indywiduum zlewa się w jednostajny ruch mas. Nagle, w mgnieniu oka, mózg obserwatora widzi zlepek ciał i głosów. W przeciwieństwie do jednostki, na której skupiamy uwagę, lub uczucia, obserwujemy tylko ciało otulone materiałem, a szum myśli znika. Zapada absolutna cisza przed pokojem z tabliczką „Jednostka”. Przed tym gabinetem osobliwości trwa odwieczna kolejka, która z petentów stworzyła jeden organizm, będący jak ludzka stonoga, której długi kręgosłup znika z zasięgu wzroku. Nikt, ani ten kto czeka, ani ten który wychodzi, nie wie co jest w środku. Czekając, nie widzi nic poza drzwiami, a wychodząc, nie chce dzielić się z oczekującymi swoją wiedzą. I tak zupełnym przypadkiem, chichotem losu, udało się utrzymać jedną, jedyną tajemnicę. Tajemnicę, której rozwiązania łaknie cały świat, jak pochód wrzeszczących nędzników. Jednym z fundamentów ludzkiej natury, jakkolwiek patetycznie to nie brzmi, jest chęć niewiedzy. Tak, niewiedzy. Wiedza jest odpowiedzią, która zostawia nasze dłonie w martwym punkcie, lub przenosi nas pokój dalej, gdzie tabliczka na drzwiach dumnie kłuje w oczy pytaniem I co dalej?


Kto by pomyślał, że etykieta może żartować i jeszcze budzić reakcję. Stanie w kolejce trwa lata, o ile niecałe życie. Zabawnym jest fakt, że absolutnie nikt z oczekujących, zapytany, dlaczego spędza tam całe dnie, nie będzie w stanie odpowiedzieć. Nie wynika to z głupoty czy nonszalancji. Nie wynika to z różnicy kulturowej, poglądów czy wychowania. Wszyscy czekamy na mistyczne coś, co statystycznie najczęściej określane jest słowem nadzieja. Niedefiniowalna nadzieja, która ma przynieść niedefiniowalny spokój. Kolejka, usługa, potrzeba, skutek, rezultat, efekt. Oblegane gabinety przyjmują płatność w formie czasu, nie pieniędzy. Tyle zapłacimy za podróż w nieznane. Paradoks celu, szczytnej, o ironio, ludzkiej chęci do odnalezienia odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi, tworzy schemat, a schemat to proces. Proces, który wymaga zasad i reguł. Reguł, które ktoś mniej lub bardziej cierpliwy, wychylając głowę z równej linii czasu, zacznie kreślić, by kolejno na walnym zgromadzeniu oczekujących, zatwierdzić, lub zawetować, a finalnie wcielić w życie. Nagle kolejka wyjściowo będąca tylko niechcianą koniecznością, staje się celem. Zupełnie nagle, pod samym gabinetem słychać znudzone świerszcze, bo większość gości umówiona była na spotkania dotyczące ustalania zasad oczekujących. Gonimy ogon, by go złapać, a następnie prosić sąsiada, by pomógł wyjąć nam sierść spomiędzy zębów.


I tak oto płacimy czasem za własne oczekiwania, by zapomnieć, że się po nie stawiliśmy z własnej woli. Tak oto jawi się przed oczami trud człowieczeństwa. Trud bycia cierpliwym, pewnym, przekonanym. Jawi się znany zapach aroganckiej królowej matki z arystokratycznego Rodu Przetrwania. Cisza wyczekiwania rozbudziła niecierpliwość, a ta z kolei dała początek ulatniającemu się jak gaz strachowi. Kompan, który stał się wrogiem, mimo że łączy ich syjamski kręgosłup. Cisza przeradza się w warczącego psa. Kto by pomyślał, że ta wściekła wataha zrodzi się nie z rzeczonego strachu, a ze zwyczajnej chęci zrozumienia. Prędzej czy później wojna przerodzi się w polowanie na winnego. Chaos trzeba ukrzyżować, a bez ciała nie ma zbrodni. W szukaniu winnych brak sprawiedliwości, mimo, że każdy jej szuka. Znalezienie winnego zamieszania pozwala ludziom spokojnie gasić lampki w sypialniach swoich głów i nie sprawdzać, czy drzwi wejściowe zostały zamknięte. Na hejnał gasną światła w ludzkich oknach, szlafroki śpią na oparciu fotela, a plama herbaty pod kubkiem rozpoczyna mozolną i złośliwą ceremonię wżerania się w blat. Po zakończeniu całego procesu niekoniecznie norymberskiego i niekoniecznie Kafki, księżyc wita niebo i jak uroczy bluesman kołysząc ramionami, kłania się w pół, uchylając kapelusza i prosząc o drobne.


Piosenka mówi, że nic nie może przecież wiecznie trwać. Tak też trwać wiecznie nie może spokój. Bo przecież podejmujemy niekorzystne decyzje, a trwanie, czy w kolejce, czy spokoju nie jest dla naszego gatunku stałe. Historie lubią się powtarzać więc powtórzy się i ta z polowaniem na czarownice. Z czasem z kolejki stworzył się rząd, z rządu wojna, z wojny zsyłanie na mroźne zapomnienie. Kolejno zakreślono te elementy w kółko i pomnożono. Mnożenie to czas. I tak jesteśmy do dziś. Ziemia zupełnym przypadkiem stała się najprężniej działającym teatrem, w którym, mimo że tytuł sztuki zawsze jest ten sam, to fabuła wciąż się zmienia.


Ucieczka od ucieczki od ucieczki. Ucieczka od stworzonego rozwiązania, by uciec w kolejne. Ucieczka w początek, by z początku czekać na koniec, a z końca wracać na początek. Oto cykl spektakli. Prosty i skuteczny, jak życzenia urodzinowe. Możliwe, że szlagier stał się szlagierem przez swoją funkcjonalność. Możliwe, że ludzkie działania i lisia przebiegłość wyprzedziła waluta, którą płaciliśmy. Zaaferowani celem, karmiliśmy bestię. Być może. Uciekamy i biegniemy jak Forrest Gump, który biegł, aż uznał, że już nie ma ochoty. Run Forrest, Run, krzyczała Jenny. Gdzie biegniemy? Nie zawsze przed siebie.


Szukamy w domu wygodnych butów, starych lub tych, które wciąż dumnie noszą kolie z metką. Czasem bieg jest za długi, chwilami nie jesteśmy gotowi na dystans, który próbujemy przemierzyć. Kontuzje i zakwasy. Przerwy, wieloletnie przerwy będące efektem złych decyzji. Nieprzemyślanych ruchów, dosłownie i w przenośni. Finalnie jawi się przymusowa przerwa od planów i marzeń czy aspiracji, które kończą się narodzinami dziecka z matki sylaby - aspiryną. Aspiryn świat zna wiele. Aspiryna w aptece, aspiryna w butelce, aspiryna z metkami, aspiryna wdychana, z filtrem, bez filtra, aspiryna wstrzykiwana, aspiryna sypialniana, bez i z zabezpieczeniem. Łagodzenie bólu będącego efektem zbyt szybkiego biegu. Zasadniczym minusem aspiryny jest leczenie objawowe. Podstawiamy więc wiadro pod cieknący zlew i czekamy aż kropla doprowadzi je do płaczu. Opróżniamy, odstawiamy. Proces. Rytuał bezradności. Czasem mamy tylko jedno wiaderko na całe życie, a ono niestety niszczy się i pęka. Patrząc długofalowo, czekamy na potop. Czekając nie uczymy się pływać, bo przecież waluta, dopóki jest, to można zakryć oczy i uszy i szeptać pod nosem Wlazł kotek na plotek. Dopóki gra muzyka, trwa bal. Przecież każdy wie, że potwory spod łóżka znikają, gdy się w to uwierzy. Wtedy można z pełną odwagą i dumą wystawić stopę spod kołdry. Zwycięstwo.


Ucieczki to wypłowiałe tatuaże na naszych skórach. To sposób na zawody, na które zrzucają nas bociany.


Gdy zaczynałam pisać ten tekst, krążył mi po głowie Chet Baker. Nie wiem w jakiej kolejności, ale te linie się przecięły. Opowiem wam więc bajkę na dobranoc.

Chet Baker stał pewnego razu w tej samej kolejce co my, wy, oni. Młody wokalizujący trębacz, który bardzo chciał istnieć. Nie zaistnieć, ale istnieć. W 1950 roku kolejka, w której stał rozpoczynała swoje własne polowanie na czarownice, i wtedy ten odkrył, że na dnie jego szafy są wspaniałe buty do ucieczki. Buty nazywały się heroina, znana, owiana złą sławą globalna marka. Były tak wygodne, że Chet biegł szybko, ale krótko. Gdy je zdjął, potrzebował swojej aspiryny. W jego przypadku i buty i aspiryna pochodziły z tej samej fabryki. Najpierw buty znieczuliły reakcję na zbyt szybkie tempo, by później aspiryna tej samej marki mogła kołysać konsekwencje. W 1970 wrócił dzięki aspirynie innej firmy o nazwie metadon. Triumfalnie i cierpliwie stanął na końcu kolejki do gabinetu maklerów życia z amerykańskiego snu, lecz tłum nadal zajęty był stawianiem murów, ustalaniem zasad, konstytucji oczekujących. Rozczarowany rozglądał się wokół i milczał. Milczał do roku 1988, kiedy odstawił trąbkę by przy jej melodii, która płynęła w jego żyłach zamiast krwi, myśli kusząco podsuwały mu wspomnienie o butach. Fakt, biegł krótko, ale szybko. Włożył je więc znów. Tym razem dobiegł do hotelu Prins Hendrik, pokoju numer 210 w Amsterdamie. Znany ból powrócił, a wraz z nim strach przed powrotem do wojennej kolejki. Odstawił więc swoje ukochane już wówczas buty, które pozdrowił jak przyjaciela, by ostatecznie otworzyć okno i zatrudnić się w zupełnie innym teatrze, zupełnie nieziemskim. Udało mu się wejść do gabinetu z tabliczka Jednostka. Jako kolejny wyszedł i nie podzielił się wrażeniami. Okazało się, że wychodząc, petent, staje się niewidzialny dla reszty. Ot zagadka. Cykl się powtórzył.


Chet Baker jako jeden z najbardziej ikonicznych jazzmanów XX wieku zapisał się w historii jako definicja wrażliwości, która ulatniała się wraz z powietrzem w jego płucach, by jak w fabryce Chaplina z Dzisiejszych Czasów, rodzić się w ujściu trąbki jako płynna, chrypiąca melodia. Jest autorem My Funny Valentine, która stała się elementem popkultury i kalifornijskich zachodów słońca. Na swojej płycie Chet z 1959 roku znaleźć można podróż przez 10 utworów, które jeśli szukać definicji słowa Spójność, z całą pewnością mają pierwsze miejsce w słowniku. Na okładce albumu towarzyszy mu Liliane Cukier, a po jego otworzeniu oczom jawi się późniejsza żona, Halema Alli.


Wrażliwość czy bezczelność? Na pewno decyzja.


Chet to zdecydowanie ponadczasowy album, który, jeżeli wciąż można coś odkryć w muzyce, będzie pomagał definiować brzmienia lub ukierunkować odgałęzienia znanego.


Utwór otwierający album jest zdecydowanie najprostszym podsumowaniem moich wszystkich przemyśleń. Z całą pewnością pomaga w dwóch słowach zawrzeć światową samotność w Seattle, w której będąc sami, chcemy być widziani. W której z całą pewnością próbujemy mówić, milcząc. W której jednostka pragnąca wolności, staje się tłumem, który pyta co dalej.


Alone together.


Czytelniczko, Czytelniku lubisz listy. jeśli tak - zostań naszą Adresatką, naszym Adresatem - bardziej letter niż (news)

18 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie