How did we end up here?

Kiedy jednak zrobisz pierwszy krok w złym kierunku, tłumaczył sobie, wtedy może się zdarzyć, że już nigdy nie odnajdziesz drogi, ponieważ nie wiesz, skąd przyszedłeś, i nie masz żadnej trwałej podstawy i żadnego kierunku – piszę David Vann w swojej książce Legenda o samobójstwie.


Czytałam wiele książek, które prowadziły mnie przeze zgliszcza i pokłosia decyzji. Wśród postaci i ich wyborów, wspomnienia i retrospekcje w moim odczuciu tworzyły pewien wzór powidoków stanowiących paradoksalną iluzję błogości, woal nad pobojowiskiem, który miły w dotyku, pozwalał, a wręcz nakazywał, brnąć dalej tym sławetnym pociągiem do nieba. Spakowani w podróż, z kanapkami w folii aluminiowej, termosem z herbatą, jajkiem na twardo i pomidorem, przekonani o bilecie na Księżyc, jedziemy w kierunku, którego nie znamy, a który odczuwamy jako wolność. Aksamitna opaska na oczach w przedziale z jedwabnymi obiciami, a za oknem rajskie widoki bliskie tym okazanym w wizji Giuseppe Baldiniego, granego przez Dustina Hoffmana w Pachnidle, gdy pierwszy raz zbliżył do nosa odtworzoną i udoskonaloną przez Jana Baptystę formule Amore i Psyche. Woal.


Droga ku upadkowi, mówią. Upadek, mówią. Wstyd, mówią. Gorycz, mówią. Wiele mówią. Jesteśmy przywiązani do werbalnego odgradzania siebie jako jednostki, od grupy, która w złych chwilach wygląda jak inny ewolucyjnie gatunek ssaków. Walące się mury w ludzkich głowach błyskają jako efekt mozolnej pracy innego stworzenia, które z własnych, egoistycznych pobudek postanowiło zdemolować nasz dom. Ludzie tacy już są, mówią. Ludzie są źli, mówią. Słowa te wypadają z ust tych właśnie ludzi, jednostek, które w chwili otrzymania ciosu odseparowują się od reszty kreatur z wielkimi kłami. Nerwowe poszukiwanie i zbieranie rozrzuconych cegieł, rozglądanie się ze łzami w oczach i płoszenie jak bity pies usłyszawszy spadający liść. Chowamy głowę w rękach przed ostrzałem wroga, nie słysząc już kolejnych tępych uderzeń, nasłuchując małego, wirującego lub kołysającego się od lewej do prawej liścia. Upada tak cicho, że jedynym wydanym dźwiękiem jest ziarno piasku, które osuwa się pod jego ciężarem. Wciąż jednak, gdy biją dzwony, jedno ziarno ogłusza. Chcemy utulić pokiereszowany w naszych oczach listek dębu, ułożyć w trawiastej kołysce i zerkać wielkimi źrenicami, czy wiatr nie podjudza go do ucieczki. Gdy słyszymy kroki zbliżającej się postaci, histerycznie chronimy i siebie i zielony płatek. Opędzamy się rękoma zanim gość nabierze powietrza w płuca, by wydać z siebie choćby sylabę, nie mówiąc o słowie. Znużeni opieką, która okazuje się być więzieniem, rozglądamy się w większym możliwie spokoju i oczom jawi się liściasty polowy szpital, gdzie wszyscy pielęgnują swój mały dąb. Słychać jedynie narastające i nierówne fale szeptów. Każdy staje się wrogiem, wróg jest naszym oprawcą, a my jesteśmy wrogiem oprawcy. My jesteśmy ofiarą wroga i oprawcy, podczas gdy on jest naszą. Nikt nie chciał, każdy zrobił. Ludzie ludziom, pisano.


Powojenne widoki szybko znikają. Niewdzięczna reguła czasu. Raz mija za szybko, raz za wolno. Jest jak pociąg, który jedzie dla jednych względnie wolno, dla innych pędzi rozżarzonymi szynami. Biegnie w stronę zapomnienia i znieczulenia. Pociąg przeładowany jest od podróżujących, a każdy z nich, jeden na drugim, w przedziałach i korytarzach, tuli do siebie swój mały liść. Z każda kolejną stacją, liść wysycha i zaczyna kruszeć. Z każdym kolejnym kilometrem potrzeba uratowania i utrzymania przy życiu cherlawego, brązowiejącego już zielistka, rośnie. Wraz z tym rośnie zniecierpliwienie i nerwowe wyglądanie za okno. To znów ten woal i aksamitna opaska. Nie wiedząc w jakim kierunku jedziemy, chcemy uratować coś, co przemija. Uniknąć nieuniknionego. Po dotarciu do celu z liścia zostają już połamane opłatki, a kolejno pył, który przetarty w rękach przykleja się do potu. Wysiadający są otumanieni i zerkają na siebie raz po raz. To końcowa stacja, więc można albo zostać, albo zawrócić. W obu scenariuszach rośnie obojętność, a ciało robi się miękkie jak gąbka. Tak, tak wyglądają końce. Mniej bolesne niż ich wyczekiwanie.


Wszyscy wsiadają z powrotem, rozczarowani i zawiedzeni, nieśmiało rozpoczynają dialog ze współpodróżującymi. Odwracają oczy, a jedyne czego szukają w zbitych zdaniach to zrozumienia, partnera w zbrodni. Z szeptów poprzedniej trasy nie zostało już nic, a ustąpiły one miejsca donośniejszym i gwarnym wymianom zdań. Docierając do stacji początkowej, wysiadają znów ubrani w skamieniałe ciała. Przekonani o wspólnocie, zapomnieli już o swoich liściach.


Powroty do domu są melancholijne. Wśród swoich rzeczy, kurzu, kubków i widoku z okna, subtelnie puka w głowie wspomnienie podróży. Wspomnienie pociągu, ludzi, celu i skutku. Uprzednie ukojenie wydarzeniami i hałasem, znika w oczach wraz ze źrenicami. Głowa rozpędza koło ludzkiej fortuny, a my przyzwyczajeni do schematu działań, czekamy na punkt, w którym się zatrzyma. Chwile z sobą i dla siebie to sztuka, niemal buddyjska umiejętność mierzenia się z ciszą. Uciekanie od ciszy w jarzeniowe światy pozwala odetchnąć. Ironiczny obraz wbiegania w tłum i dźwięki miasta, by usiąść i znów poczuć miękkość.


Do rzeczy. Back Home Daniela Spaleniaka to kompozycja 12 utworów, które zbliżone brzmieniem do płyty nazwanej imieniem autora, czyli Bon Iver wraz z otwierającym Perth, stanowią podróż przez przekrój zdarzeń w życiu człowieka jako indywiduum i jako społeczności. Niezależnie od kultury, rasy, przekonań, religii, jest zbiorem kroków, których uniknięcie wybierając bilet na Ziemię, jest niemożliwe. Pisząc ten tekst, przechodziłam utwór po utworze, tytuł po tytule, układając sobie w głowie ich kolejność. Zaskoczyła mnie oczywistość kolejności, a później fakt, że każdy te kolejność dobierze zupełnie inaczej. Moja prawda i czyjaś prawda. Mimo zbieżności zdarzeń i ich wieloaspektowości, we wspólnym dzieleniu czasu, jesteśmy przekonani lub zagubieni. Głosimy lub słuchamy. Kochamy i nienawidzimy. Sądzimy i jesteśmy sądzeni. Jedna scena, jedno zdanie, jeden głos – setki wydźwięków.

Płyta Back Home pozwala odczuć, a swoimi tytułami nazwać codzienność. Tę sama, która trwa przez lata. Upadki, powroty, kłamstwa, nadzieje, rozczarowania. Proza. Eva HD w swoim wierszu Bonedog pisze Wracasz z widzeniem rentgenowskim. Twoje oczy stały się głodem. Wracasz do domu że swoimi zmutowanymi darami do domu z kości. Wszystko, co teraz widzisz, to wszystko: kość.

Perspektywa, w której widzimy ten sam obraz będący dwoma innymi. Jak Hopper i Pollock – dwa inne nurty, które widziane wielkimi oczami, mimo namacalnych różnic, mogą generować podobne uczucia. Rodzi się więc pytanie, czy to prawda, czy nie? Zaraz po nim, rodzi się bliźniacza i satyryczna odpowiedź – i tak, i nie.

Nie istnieje jedną uniwersalna prawda, ale można zaryzykować stwierdzenie, że istnieje uniwersalna różnica. Jest nią człowiek, ten sam, który w jednej linii czasu jest i owcą i wilkiem. Wiem, boli.


How did we end up here?


24 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie