Platon zostaje w jaskini (rites - jan garbarek 1998)

Świat to bardzo patetyczne słowo. W nauce i literaturze. Świat, światy, świątki. Mówi się, że każdy tworzy swój świat; mówi się, że świat jest uniwersalny, że jest prosty, albo że skomplikowany.


Zakładamy, że zbadaliśmy go pod lupą na wiele sposobów i leży nam poddanie u stop. Jest okrągły, albo kulisty, płaski na biegunach, lub nie. Wiemy, że jest domem natury, albo natura jego. Badamy jego właściwości, podnosimy warstwy jedną po drugiej i z większą lub mniejsza pokorą do nieznanego, chcemy wiedzieć.


Nierzadko próbujemy naginać, zmieniać czy udoskonalać jego założenia i zasady. Pada deszcz i padają pytania. Wyobrażam sobie czasem oddalające się od nas oko kamery, sprawiające, że i my i ten nasz świat stajemy się mali, mniejsi, aż w końcu niewidzialni. Ostatecznie odległość jest tak ogromna, że my i nasze miejsce stajemy się pikselem. Ostatecznie tracimy węch i nie czujemy już odległości - tu, na ziemi.


Świat jest w wieloletnim już związku z czasem. W trakcie, gdy próbujemy zbić szybę nad nieznanym sufitem, czas jako naoczny i niewidzialny świadek, obserwuje nasze poczynania, poczynania ludzi. Zerka na nas pobłażliwie, a czasem ostrzega. Odganiamy go ręką jak natarczywą muchę, nie widząc, że na stole od dawna mieszka patera z nadgniłymi owocami. Co jakiś czas kupujemy nowe jabłka i pomarańcze, by zmienić dekoracje. Na krótką chwilę mucha znika. Przyjemne złudzenie triumfu nad faktami sprawia, że owoce znów mają czas i miejsce, by się zestarzeć i przywołać latającą kostuchę. Gdy tylko wróci, a wróci, koło historii znów łapie swój ogon. Pewien mały fragment codzienności, który staje się tradycją i historią.


Skoro o tym mowa, historie i tradycje to kolejne warstwy tortu. Wyróżniają się tym, że zostały stworzone przez ludzi, a nie naturę, i zaryzykuję stwierdzenie, że ta, nigdy nie objęła swojego stanowiska w tej sprawie, a już na pewno go nie wyraziła. Bo skoro ona jest głównym wodzirejem wydarzenia zwanego Życiem, to dlaczego miałaby się godzić na warunki, które dyktują jej goście? Do przemyślenia.


Losy tworzenia tradycji rozwinęły swoje tory nieco bardziej, niż autorzy mogli, lub chcieli to przewidzieć. W ludzkich działaniach łatwo zauważyć efekt pewnej kuli śnieżnej, która choćby chciała, nie potrafi się zatrzymać. Na przestrzeni lat, a biorąc pod uwagę wiek tego świata, to w mgnieniu oka, przejęliśmy wybór muzyki, dań i decyzję o usadzaniu gości przy stole na kolacji, zwanej Życiem. Natura stanęła z boku i, jako że pokorna i mądra, duma nad pytaniem, kiedy zapanował chaos. Z czasem jednak okazało się, że to co ona rozumie jako chaos, człowiek widzi jako balans. I tak narodziła się niepewność dotyczącą definiowania prawdy. Usłyszałam kiedyś zdanie, że prawda to jedynie iluzja kontroli. Możliwe, jak śpiewała Jopek. Możliwe.


Jeśli została przejęta kontrola, to powinien panować spokój. Wraz ze spokojem, pielęgnacja znanego, które by stać się znane potrzebuję czasu. Mamy czas, ale czy to wystarczy? Spokój jest tym czego od samego początku, od jaskini i malowideł poszukuję człowiek jako jednostka. Wielu mogłoby nie zgodzić się, że mną, że wówczas chodziło o przetrwanie. Ale czym jest przetrwanie, jeśli nie spokojem? Buddyjskie wartości głoszą, że najpierw pełny brzuch, później pełna głowa. Stąd też, stworzyliśmy swoje zasady, swoje warunki, ujarzmiliśmy lub próbujemy ujarzmić ziemię, tak by obracała się pod nasze dyktando. W naszym tempie, na naszych zasadach, w myśl naszych potrzeb. Ustalamy kierunek działania i życia, tworząc tym samym pewne założenia, które będąc powtarzalnymi nadają nam poczucie przynależności, a tym samym wartości. By tę wartość i to poczucie utrzymać, wdrażamy konieczne udoskonalenia kontroli i zachowań, tak, by nie wypaść za burtę. Częścią instrukcji obsługi człowieka, jest ta stadną przynależność do tradycji, które tworzy. Tradycja, to nie tylko choinka. Tradycja to też ta mucha nad paterą. Znane to bezpiecznie, bezpieczne to spokojne. Rytuały zakorzeniają ludzką naturę. Tak, takie to proste.


Rodzi się tu grymas na twarzy i nie dziwię się. Przecież skoro jeden plus jeden jest dwa, to dlaczego tak trudno bywa ten spokój osiągnąć. Można zmienić założenie, trochę odjąć, trochę dodać, zmienić wynik. Przywiązanie do znanych zachowań okazuje się być chwilami zgubne, nawet jeżeli nie są dla nas szkodliwe. Rytualność powoduje pewien rodzaj znudzenia, co nie dziwne biorąc pod uwagę, że z nie swojego przyjęcia udało nam się wygonić gospodarza. Jesteśmy dużym potencjałem, który oddzielony w ekosystemie od zwierząt, daje nam poczucie wyższości. Niestety nierzadko tego rodzaju odczucie nie okazuje się Lękiem na całe Zło, Pani Prońko.


Jeśli ziemia to nasz dom, to wymaga on urządzenia. Im więcej obrotów wykonają wskazówki zegara, tym bardziej jego dekoracja ulega zmianie. Stąd wraz z prędkością czasu, niektórym coraz ciężej zrozumieć, że ich ulubiony fotel zastąpi krzesło. A tym, którzy je przynieśli, trudno przełknąć fakt, że ktoś będzie tęsknił za czymś, co oni uznali za bezużyteczne.


Wspólnie pamiętamy jednak, że na czymś trzeba usiąść, że nie damy rady ciągle stać. Bo tak jest przyjęte, bo tak ustaliliśmy, że każdy salon ma fotel czy stół. Bo nie je się na ziemi, je się przy stole. Bo nie je się rękami, tylko widelcem. Bo nie wolno chodzić nago. W innym miejscu nie trzeba stołu i krzesła, bo je się na ziemi i rękoma. W innym miejscu nagość jest codzienna, bo ich skóra to ich ubiór.


Wniosek? Wspólnie wiemy, że należy stworzyć lub dostosować kulturę. Wspólnie wiemy, że trzeba nam kierunku. Wspólnie wiemy, że trzeba nam rytuałów.


Jednym z rytuałów i zasad w Skandynawii jest Prawo Jante. Traktowany jako mit i legenda. Niejaki pisarz Aksel Sandemose był swego czasu znana personą w krainie zorzy. W swojej książce Uciekinier przecina swój ślad, opisał losy siebie jako mordercy, który chcąc uciec przed sumieniem, zatoczył koło. Prawo Jante stworzone zostało przez autora jako etniczny stereotyp ostrzegający przed spiralą wzorców myślenia. Stworzył również 11 praw, które mimo, że krzywdzące, po dziś dzień zdają się być aktualne w niektórych domach. Książka została ostatecznie wycofana z druku i wyszyto na niej szkarłatna literę. Mimo to, zasady chociaż przemilczane - wciąż są.


Rytuały i Skandynawia sprowadzają nas do meritum, czyli do Jana Garbarka i jego Rites, z ang. - obrządki. Ten dwupłytowy album prowadzi odbiorcę przez mieszankę etnicznych brzmień, które już od utworu tytułowego, przenoszą słuchacza, a na pewno mnie, w odmęty Persji. Kolejny When the rivers meet, kontynuuje odrobinę arabskie brzmienie, by w kolejnych kompozycjach zaprosić do Indii i Mezopotamii, a w końcu do Japonii.


Każdy jeden dźwięk i jego linia poprowadzone zostały tak, by błądzić palcem po mapie swojej wiedzy i skojarzeń, swoich tradycji, swoich rytuałów. I co zabawne - to co ja nazwę Persja, Ty określisz Australią, albo lodami, które pamiętasz, jak dostawałeś będąc dzieckiem.


Wszyscy mamy korzenie, wszyscy przynależymy, wszyscy chcemy je mieć, zmienić, oddać, porzucić, odzyskać. Koniec końców, chcemy mieć dom. I ten dom dostajemy od Garbarka. 16 utworów, które wezmą za rękę i pozwolą zadecydować kim jesteśmy. Kompozytor z ponadczasowa wrażliwością i estetyka zaciera granice między jednolitym i spójnym obrazem, a raczej postrzeganiem tradycyjnej definicji spójności. Ładny paradoks.


Pozwolę sobie użyć tytułu jednego z utworów, by podsumować każde zawarte tu słowo i zauważyć, jak po raz kolejny okazuje się, jak wiele słów można zawrzeć w kilku i na odwrót. Jak infantylnie łatwa może być świadomość różnorodności interpretacji. Najwyraźniej tradycja tradycji nierówna, a rytuał mimo że potrzebny, to trudny, bo indywidualny.


One Ying for Every Yang.

89 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie